Są młodzi, lubią hałas i jak sami twierdzą, chcą się wyrzygać artystycznie. Nie brakuje im energii, pomysłów i odwagi. O kim mowa? Kolektyw DJ'ski z Łodzi - Famous Virgins czyli Paul P.M i Why Not Rebel?, a prywatnie Przemek Matusiak i Patryk Adamik w rozmowie o tym, czym jest Pierdolnięcie, jak zorganizować prom kosmiczny na imprezę i dlaczego Łódź jest jak stare jeansy.
A było to tak. W styczniu 2010 roku Patryk Adamik chciał pracować w pewnym łódzkim klubie na „k". Zanim dostał się na audiencje do menagera, poznał Przemka Matusiaka, który pracował tam jako DJ. Okazało się, że obaj kojarzą się z wydziału i oczywiście z klubów, lubią także podobną muzykę. W listopadzie Patryk zorganizował I edycję I love Pierdolnięcie, sam interesował się już wtedy DJ'ingiem. Poprosił Przemka, żeby go czegoś nauczył. Na II edycji I love Pierdolnięcie (styczeń 2011) zagrali już razem jako Famous Virgins, a w organizacji imprezy pomógł im Kamil Zbonikowski. W między czasie pojawił się pomysł założenia agencji eventowej BlackSpot. W piątek (11.03) o godzinie 22 startuje III edycja, która odbędzie się w Secesyjnej Elektrowni K.Scheiblera "Posiadło" przy ulicy Tymienieckiego. Na facebooku zapisało się na nią już ponad 1000 osób. Patryk i Przemek stanowią żywy dowód na to, że można połączyć pasję z pracą, choć sami kiedyś uważali, że jest to tylko przywilej nielicznych.
Adrianna Kubik: Skąd wziął się pomysł na imprezę I love Pierdolnięcie?
Patryk Adamik: W mojej głowie pojawił się pomysł na zrobienie koszulki z takim logo, które dziś jest kojarzone z imprezą. Następnie stworzyłem profil na facebooku o tej nazwie. Na fanpage'u zaznaczyłem, że jest to organizacja religijna, a jej misją jest nawracanie ludzi (śmieje się). Zacząłem wrzucać kawałki z gatunku electro. Okazało się, że coraz więcej ludzi „lubi to ". Potem pojawił się pomysł na zrobienie imprezy.
AK: Kiedy wystartowała I edycja imprezy i jak ona wyglądała?
PA: I edycja odbyła się w listopadzie 2010 roku, zagrał na mniej m.in. Kuba Wandachowicz, którego obecność na pewno była sporym magnesem. Pojawiło się na niej ponad 300 osób.
Przemek Matusiak: Tak naprawdę sukces I imprezy to w 50% dobra nazwa, a w 50% Kuba Wandachowicz, do którego udało się dotrzeć po prostu dzięki...facebookowi.
AK: Patryk, jakie były Twoje założenia oraz cele podczas organizowania pierwszej imprezy?
PA: Na początku myślałem, że jak dobrze pójdzie to może za rok będę mógł organizować imprezy dla 500-600 osób w fabrykach czy pustostanach, których jest trochę w Łodzi....Jednak okazało się, że można to zrobić szybciej. Coraz bardziej interesowała mnie muzyka, uczułem się tak zwanego DJ'ingu. Muzyka zawsze towarzyszyła mi w życiu, ale nigdy ni potrafiłem śpiewać ani grać.
PM: Teraz też nie potrafisz....Do tej pory nic się nie zmieniło....(śmieje się)
PA: Nic się nie zmieniło, ale imprezy jakoś wypalają (śmieje się). Tak na poważnie, to inspirowałem się w zasadzie tym, co robi Kuba Wandachowicz. Na jego imprezach, czyli Independent Disco Party, była muzyka alternatywna, której nie spotyka się na co dzień w klubach. Nasza impreza miała również taka być.
AK: Do kogo adresujecie imprezę?
PA: Przedział wiekowy 10-13! (śmieje się)
PM: Na pewno trzeba być już po komunii (śmieje się). Tak na serio to zdajemy sobie sprawę, że jest to muzyka dla ludzi młodych, mniej więcej wieku 18-20.
PA: Nasi odbiorcy są nawet młodsi. To zupełnie nowe pokolenie klubowiczów, które dopiero zaczyna swoją przygodę z muzyką i imprezami, a często nie może bawić się w klubach ze względu na wiek.
PM: Zawsze istniały pewne ograniczenia, my na przykład w ich wieku mogliśmy wpaść do „Fabryki" na „YMCA", gdzie wszędzie leżały kurtki, ale każdy się dobrze bawił, a oni dziś mogą przyjść na imprezę, gdzie będzie muzyka zupełnie inna niż ta grana w klubach i stacjach radiowych.
PA: Mnie się wydaje, że rodzi się pokolenie, które po prostu lubi hałas.
PM: Tak, choć pokolenie moim zdaniem to bardzo szerokie pojęcie, to ludzie którzy teraz zaczynają chodzić na imprezy mają znacznie większy wybór niż my kiedyś. Dobrze, że są takie imprezy jak nasza czy imprezy Kuby Wandachowicza, które stają się coraz bardziej popularne. Ludzie wyrabiają sobie krytyczny punkt widzenia jeśli chodzi o muzykę, chcą czegoś, czego nie mogą zaoferować im mainstreamowe media, co mnie osobiście się bardzo podoba..
AK: Jak określilibyście muzykę którą można usłyszeć u Was na imprezach?
PA: Mi przychodzi do głowy tylko jedno słowo: hałas (śmieje się).
AK: To znaczy, że nie chcecie zamykać się w jakiś konkretnych gatunkach?
PM: Ludzie tworzący muzykę nawet w ramach konkretnego gatunku inspirują się niezliczoną ilością innych. Można powiedzieć, że gramy dirty elektro, electroclash, rave. Zdarza nam się czasami grać techno.
PA: Chociaż w Polsce wciąż techno występuje w znaczeniu pejoratywnym...
PM: Jak powiesz, że grasz techno to wszyscy na ciebie patrzą jak na gościa w ortalionie (śmieje się). Świadomie unikamy klasyfikowania.
PA: Co z tego, że powiemy, że gramy elektro, jak w między czasie puścimy rockowy kawałek?
PM: Kierujemy się tym, żeby stworzyć na imprezie konkretny klimat. Przed imprezą uzgadniamy, co chcemy zrobić. Czasem zaczynamy spokojnie, a potem robimy rozp***, a czasami po prostu od razu robimy rozp*** i jedziemy do domu.
AK: W takim razie jak będzie w piątek na III edycji I love Pierdolnięcie?
PM: Zarówno my, jak i Nikola Waters i Alcowhore, którzy zagrają na III edycji, chcemy dobrze wypaść. Staramy się podejść do tego profesjonalnie. Nie chcemy zamęczyć ludzi, żeby już po 2 godzinach byli cali spoceni i chcieli iść do domu. Dużo myślimy o tym, jak zagrać, chcemy żeby ludzie po prostu dobrze się bawili w każdej godzinie imprezy.
AK: Muszę Was wreszcie zapytać, co dla Was znaczy samo słowo „Pierdolnięcie"?
PM: Każdy definiuje to na swój sposób. Z tego na pewno wynikają trudności, jakie napotykamy podczas organizacji imprez, ponieważ każdy oczekuje od nas czegoś innego. Część osób może wyjść rozczarowana, ale to nie znaczy, że impreza była zła, tylko po prostu inna niż w czyichś wyobrażeniach.
PA: Mnie „Pierdolnięcie" kojarzy się z brudną muzyką, która nie nadaje się do grania w typowych łódzkich klubach, która klimatem wpisuje się w fabryki, pustostany.
PM: Mnie z przytłaczającą siłą, dużą dawką energii i przede wszystkim....
PA: Z dużą dawką basu!
PM: Gdy słuchasz jakiegoś numeru, to czujesz jak on cię rozsadza od środka. Chcemy, żeby ludzie czuli mniej więcej to samo, co my podczas grania.
AK: Jakie są Wasze plany jeśli chodzi o kolejne edycje I love Pierdolnięcie?
PA: Możemy zdradzić, że planujemy import, czyli zaproszenie kogoś z zagranicy na IV edycję, która odbędzie się w połowie kwietnia.
PM: To jest niesamowite, jeszcze niedawno jaraliśmy się muzyką gości, do których możemy teraz napisać: „Ej zagracie na naszej imprezie?"(śmieje się). Oprócz muzyków z zagranicy będą też naprawdę fajne smaczki z Polski, których w Łodzi albo jeszcze nie było albo imprezy z ich udziałem przeszły bez echa.
AK: W piątek startuje III edycja, a ja chciałabym wiedzieć, jak wyglądały Wasze początki pod względem organizacyjnym?
PA: Szczerze mówiąc niewiele wiedzieliśmy o tym, jak się organizuje imprezy. Dla mnie pierwsza impreza była debiutem DJ'skim i organizatorskim.
PM: Ja zacząłem grać trochę wcześniej, ale nigdy niczego nie organizowałem...
PA: Dlatego, to co nam z tego wyszło, przeszło nasze oczekiwania, a przecież cały czas rozwijamy się bardzo dynamicznie. Mamy dopiero III edycję imprezy, a mam wrażenie, że chce się na nią zwalić pół miasta (śmieje się).
PM: Codziennie dzieje się coś nowego, musimy być przygotowani na wszelkie zmiany.
PA: W połowie przygotowań do III edycji okazało się, że zmieniamy miejsce imprezy. To wyszło na jaw w Walentynki...
PM: Walentynki...taki straszny dzień (śmieje się)
PA: Musieliśmy wykorzystać plan B, czyli Elektrownię Scheiblera, w której planowaliśmy zrobić dopiero IV edycję. Pierwotnie zakładaliśmy, że będzie pewien etap przejściowy. Nie chcieliśmy robić takiego ogromnego skoku z Jazzgi, gdzie odbyła się II edycja, prosto do...fabryki.
PM: Z resztą wydawało nam się, że pod względem organizacyjnym będzie to duże wyzwanie, ale okazało się, że jest to bardzo proste...
PA: Nie mów tego, bo inni będą chcieli też tam robić imprezy (śmieje się). Jednak dobrze się stało, bo miejsce jest naprawdę świetne, a przecież właśnie do tego zmierzaliśmy. Na początku myślałem, że jeśli uda mi się zrobić imprezę w jakimś pustostanie, to będzie to może za rok...Potem okazało się, że mija kilka miesięcy, a my już robimy imprezę w fabryce.
AK: I zakładacie własną agencję eventową BlackSpot...
PA: Dokładnie...BlackSpot funkcjonuje w zasadzie od stycznia. Wszystko potoczyło się bardzo spontanicznie. Mówiąc najprościej: jeśli idziesz do mediów czy sponsorów i mówisz: "Cześć, jestem z agencji BlackSpot, organizujemy imprezy", to jest wszystko fajnie. Jeśli mówisz: „Cześć, zrobiłem I love Pierdolnięcie" to....no właśnie.
AK: Nie mieliście obaw związanych z nazwą imprezy?
PA: Nie, to właśnie nazwa stanowi klucz do zrozumienia, dlaczego pomysł zaskoczył. Kiedyś rozmawialiśmy ze stacją radiową, która postanowiła, że wspomną o naszej imprezie, ale będzie to „wypikane". Jeśli usłyszysz raz nazwę I love Pierdolnięcie lub I love „piii", to zapamiętasz tę nazwę na długo. Można zrobić dobrą imprezę, ściągnąć ludzi z zagranicy, a wystarczy to źle nazwać i pomysł nie chwyci.
PM: Idea założenia BlackSpotu pojawiła się w związku z imprezami. Postanowiliśmy spiąć wszystkie działa pod jednym szyldem. Mamy wiele pomysłów, nie tylko związanych z muzyką electro.
PA: Chcieliśmy się po prostu artystycznie wyrzygać...(śmieje się) Wiadomo, że I love Pierdolnięcie jest naszym okrętem flagowym, ale robimy też inne eventy. Ostatnio udało nam się zrobić pokaz mody młodych, utalentowanych i ładnych dziewczyn, które stworzyły markę Muffin Wear.
PM: Chcemy, żeby ludzie kojarzyli dane eventy w naszym mieście z jedną nazwą i nie będą to tylko imprezy muzyczne. Patryk jest osobą, która co sekundę ma nowy pomysł, dlatego chcemy wciąż się rozwijać i próbować czegoś nowego.
PA: Może kiedyś nawet zrobimy wizytówki...
PM: Mamy stronę internetową...Ciągłe nad tym pracujemy. Wizytówki też się może kiedyś pojawią...
PA: Mamy coraz ładniejsze plakaty....
PM: Ludzie chcą z nami rozmawiać. Nie jest źle.
AK: BlackSpot tworzy Wasza dwójka i...
PM: Kamil Zbonikowski, który jest mega organizacyjnym kocurem! Bez niego naprawdę nie zrobilibyśmy nic. Gdybyś chciała mieć na imprezie prom kosmiczny, to Kamil Ci go załatwi w 15 minut i jeszcze przeprosi, że się chwilę spóźnił.
PA: To, jak poznałem Kamila, to ciekawa historia. Pewnej nocy nie mogłem spać, wraz z moim serdecznym przyjacielem Jankiem wybraliśmy się o 3 w nocy do miasta. To był środek tygodnia i jedynym otwartym lokalem było Art Cafe, a jedyną osobą w tym lokalu był właśnie Kamil, który pracował tam jako barista. Okazało się, że Kamil już od 17 roku życia organizował imprezy i dzięki temu miał już spore doświadczenie.
PM: Wszystkie nasze działania bardzo fajnie się pokryły, ponieważ najpierw Patryk zrobił I edycję I love Pierdolnięcie, potem zaczęliśmy razem grać jako Famous Virgins, w między czasie myśleliśmy już, żeby zrobić II edycję i okazało się, że Kamil może nam w tym pomóc. Efektem naszej współpracy jest BlackSpot.
PA: Przemek w BlackSpocie zajmuje się głownie muzyką...
PM: A co Ty w tym wszystkim robisz? (śmieje się)
PA: Ja? Ja wpadam na pomysły, a z kolei z Kamilem rozmawiamy, czy to wszystko jest wykonalne. To on wprowadzana nasze pomysły w życie. Wszystko się fajnie zazębia. To taki 3-osobowy kolektyw.
AK: Macie obecnie pomysł, które chcecie niebawem realizować?
PM: Patryk ma niedługo imieniny. To będzie Dzień Św. Patryka. Trzeba się będzie ubrać na zielono, a Patryk będzie miksował electro z irlandzkim folkiem (śmieje się).
PA: (śmieje się) Będę miał doczepioną na gumkę rudą brodę...
PM: A ja będę tańczył taniec irlandzki....A tak na poważnie to chcemy wyjść poza gatunek electro. Możemy zdradzić, że w planach mamy rozpoczęcie nowego cyklu imprezowego. Chcemy pokazywać muzyków, którzy zasłużyli się dla alternatywnej sceny muzycznej w Polsce. Impreza będzie się nazywała „Ojczyzna - Polszczyzna", a na pierwszą edycję zapraszamy Oskara Stelągowskiego z Warszawy.
PA: Warto tez powiedzieć, że robimy „Beef or party" przy współpracy z MS Cafe. Gramy wtedy trochę lżej. To taka muzyka do pobujania nogą, a nie do poskakania. Na kolejne edycje planujemy zapraszać zupełnie różnych artystów. To dla nas też forma szukania nowych talentów w Łodzi. Jest wiele osób, które robią muzykę, ale nie wiedzą, jak się pokazać, chcemy im pomóc. My z Przemkiem mieliśmy o tyle ułatwioną drogę, że pracowaliśmy w gastronomii i trochę kręciliśmy się po łódzkich lokalach.
PM: Ja byłem rezydentem w jednym z łódzkich klubów, klubie na „k"... Tam w zasadzie się nauczyłem grać.
PA: Technicznie przede wszystkim...
PM: Technicznie to do dziś wiele mi brakuje, ale tam zdobyłem pierwsze szlify. Dla mnie jest ważne, żeby ludzie nie postrzegali nas jako dwóch, aroganckich „mecenasów sztuki", którzy stali się nimi z dnia na dzień. Sami wciąż nad sobą pracujemy, zdajemy sobie sprawę z naszych braków, cały czas się uczymy. Dostaliśmy szansę na rozwijanie swoich pasji, teraz chcemy dawać ją także innym.
AK: To znaczy, że widzicie w naszym mieście potencjał?
PA: Co to za pytanie, gdybyśmy nie widzieli, to byśmy tego nie robili!
PM: Być może nie ma u nas takiej różnorodności jeśli chodzi o imprezy muzyczne jak w Warszawie, ale gdybyśmy nie wierzyli w to miasto, to byśmy tego nie robili. Uważamy, że Łódź ma potencjał. Są świetne miejsca, takie jak Elektrownia Scheiblera, gdzie można robić naprawdę dobre imprezy, a I love Pierdolnięcie to dowód na to, że mamy rację. Ludzie z całej Polski piszą do nas z pytaniem, czy mogą zagrać na naszej imprezie i to jest niesamowite.
AK: Wiążecie swoją przyszłość z Łodzią?
PM: Chciałbym realizować się w tym mieście i nie chcę stąd wyjeżdżać.
PA: Ciężko mi powiedzieć, co przyniesie przyszłość. Moje życie jeszcze kilka miesięcy temu było zupełnie inne. Nie wiem co przyniesie los...Może w wakacje zagramy na wszystkich festiwalach w Polsce (śmieje się) Może zarobimy tyle, że kupimy sobie winnice we Francji i tam dożyjemy starości...
PM: Nie wiemy, co przyniesie przyszłość, ale możemy powiedzieć czego byśmy chcieli.
AK: Więc czego byście chcieli?
PM: Być bogaci i klepać murzynki po pupie (śmieje się). Tak na poważnie to ja chciałbym zostać w Łodzi. Chciałbym, żeby tutaj działo się wiele ciekawych rzeczy, żeby to miasto się obudziło.
PA: To taki trochę lokalny patriotyzm połączony z syzyfową pracą...
PM: Może to jest syzyfowa praca, ale ja jestem trochę idealistą. Ktoś mi kiedyś powiedział, że Łódź jest jak stare jeansy, są mega wygodne, ale nigdy w życiu się ich nie wyrzuca. Ja właśnie tak do tego podchodzę, to jest moje miasto i jest mi tutaj dobrze.
Zdjęcie nagłówkowe oraz zdj 2 by: EDP





































Paul P.M./ 10.03.2011; 23:20 pisze:
szkoda tylko że tak śmierdzi
fanka Partyka/ 10.03.2011; 22:17 pisze:
bardzo lubię Patryka!!!!! Jest bardzo ładny i kochany :D
trololo/ 10.03.2011; 13:11 pisze:
przyjemne
Paul P.M/ 09.03.2011; 21:57 pisze:
Pani redaktor nie wstawiła nic o Dorianie bez którego nie zagralibyśmy żadnej imprezy. Dorian jest magikiem od sprzętu. Ma super moce i potrafi rozkręcić mikser i ciągle na nim grać.
Kamil vel dlt Zbonikowski/ 09.03.2011; 21:50 pisze:
więcej o mnie... więcej o mnie... więcej o mnie!!!! Nie no joke :] podoba mi się
Paul P.M/ 09.03.2011; 19:50 pisze:
Zdecydowanie to lubię
marchewka/ 09.03.2011; 19:49 pisze:
<3